Ładowanie...
Publikacje
Trener

Kiedy jestem wystarczająco dobra

29 lutego 2016

Autor: Joanna Kosińska

 

Odkąd przeczytałam książkę Brené Brown „Dary niedoskonałości”, moją ambicją życiową stało się „bycie wystarczająco dobrą”. Nie wiem, czy znasz książki lub wystąpienia tej autorki na temat wstydu i wrażliwości. Jej teoria, poparta wieloletnimi badaniami, mówi między innymi, że podstawą dobrostanu człowieka jest wewnętrznie ugruntowane przekonanie o tym, że jesteśmy wystarczająco dobrzy i warci miłości. Że kiedy tak o sobie myślimy i w to wierzymy, mamy przestrzeń do czerpania z życia i budowania szczęśliwych relacji. Dajemy sobie wtedy prawo do bycia człowiekiem – niedoskonałym, popełniającym błędy, a jednocześnie odważnym, działającym z otwartym sercem.

 

Wracając do moich doświadczeń: postanowiłam poczuć się wystarczająco dobra. Bardzo się starałam, pracowałam nad tym na kursach i szkoleniach, czytałam książki i publikacje, słuchałam mistrzyń i mistrzów, uczyłam się od najlepszych. Paradoks polegał na tym, że dążyłam do doskonałości w byciu wystarczającą… Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy zaczęłam przygotowywać się do pracy jako trenerka i coach. Faza przygotowania ciągnęła się długimi miesiącami, które zmieniły się w lata. Mówiłam sobie wtedy: „Jeszcze tylko jeden warsztat, jeden kurs, jedna książka i będę gotowa!”. I wiecie co? Nigdy nie poczułam się gotowa.

Działałam bez przekonania, sama podcinając sobie skrzydła, bo przecież „jeszcze tylko chwila i będę bez zarzutu”.

Tak naprawdę zamieniłam w głowie słowo „doskonała” na zwrot „wystarczająco dobra”, nie zamieniając ich definicji. Tak to działa – treść tego, co do siebie mówimy, jest bardzo ważna, ważniejsze jest jednak, jak tą treść rozumiemy i przyjmujemy.

 

Zdałam więc sobie sprawę, że sama próbuję się oszukać i postanowiłam coś z tym zrobić. W pierwszym odruchu skupiłam się na poszukiwaniu sposobu na rozwiązanie tego problemu. Takiego… sposobu doskonałego! Podekscytowana, przeszukiwałam internet, polując na odpowiednie tytuły wybitnych autorytetów. Nawet kilka znalazłam. Wtedy, niespodziewanie, kilka rzeczy zdarzyło się w tym samym czasie. Poczułam ogromne znużenie „samorozwojem” (czytaj: „dążeniem do samodoskonałości”). Usłyszałam od kilku osób pytanie, kiedy i jak zamierzam zacząć działać – bo chyba zamierzam działać, skoro tyle umiem? Przyjaciółka zapytała mnie dodatkowo, jak bym pracowała z klientem, który przyszedłby do mnie na coaching z dylematem, jaki sama mam. Na końcu, pojawiła się okazja do pokazania siebie światu, a może raczej ja tą okazję gotowa byłam dostrzec.

Usłyszałam, co mówił do mnie wszechświat tak wieloma kanałami, bo podjęłam decyzję, żeby usłyszeć. Teraz siedzę i piszę ten artykuł z wielką odwagą pokonując swoje lęki i z przekonaniem, że czasami potrzebujemy trochę więcej czasu, ale częściej – potrzebujemy po prostu więcej działania.

 

Miewam chwile, kiedy mam ochotę, czy też odruch, by znowu wrócić do starego schematu i zdobyć jeszcze trochę informacji, popracować jeszcze trochę nad sobą, zyskać jeszcze trochę aprobaty, zamiast po prostu zacząć.

Wykorzystuję wtedy jedną ze sprawdzonych strategii:

  • Zadaję sobie pytania, co musi się stać, żebym poczuła się gotowa i kiedy to nastąpi – odpowiadam na nie pisemnie, czarno na białym, żebym mogła później przeczytać wszystkie te słabe wymówki.
  • Rozmawiam z osobą, której ufam i która we mnie wierzy – dobrze jest zbudować poczucie własnej wartości, pewność siebie i wewnętrzną siłę. Wsparcie z zewnątrz bywa jednak nieocenione, szczególnie na początku (i dotyczy to większości zmian, które wprowadzamy w życiu).
  • Robię coś, co dodaje mi siły i wiary, że dam radę – najczęściej przypominam sobie własne sukcesy, niekoniecznie na tym samym polu, którego sprawa dotyczy. Sukcesem jest dla mnie każde wyjście ze swojej strefy komfortu, podjęcie ryzyka i poczucie, że dałam radę.
  • Zadaję sobie jeszcze jedno mocne pytanie: jaka będzie dla mnie cena wycofania się? – zazwyczaj okazuje się, że cena zaniechanego działania, straconej okazji, jest znacznie wyższa, niż potencjalnego niepowodzenia. Natomiast to, co wydaje mi się zagrożeniem i porażką, mogę potraktować jako nowe doświadczenie i naukę.

 

Mówię do siebie: „Bój się i rób”. A później boję się i robię. Lubię swoje życie znacznie bardziej, kiedy działam pomimo lęku, a właściwie razem z lękiem, przyjmując go jako część spełnionego życia.

Oglądałam dziś wystąpienie Brené Brown na TEDzie. Dotarło do mnie, że nareszcie nie tylko rozumiem samą koncepcję, ale coraz częściej i mocniej czuję w sobie tą pewność.

Pewność, że jestem wystarczająco dobra.

separator

2 odpowiedzi na “Kiedy jestem wystarczająco dobra”

  1. wdrodze napisał(a):

    ojj jakie to moje…niestety jeszcze nie przeszłam na tę „jasną” strone mocy….mam skończone 30 lat, studia, kursy, samorozwój…wciąż mi mało żeby zacząć robić z tego pożytek…ale może jak jeszcze te 2 kursy, które mam w planie? …ta…

  2. Malgorzata napisał(a):

    Dobrze napisane ,ze swadą, dowcipnie,logicznie:) Ja całe życie w mniejszym lub większym lęku z powodu braku działania/nie tak żeby nic,ale wszystko poniżej mozliwości/.Teoretyczna strefa komfortu/nienarażanie się na niewygodę związaną z ewentualną porażką /zamieniła sęi na brak komfortu,bo świadomość uciekającego czasu z zaniechaniem w tle budzi grozę.Pozdrawiam.