Ładowanie...
Publikacje
Rozwój osobisty

O słuchaniu i byciu słuchanym

12 listopada 2015

Autor: Lucyna Wieczorek, Anna Maruszeczko

Część 1: Tego nie zastąpisz gadżetami

Anna Maruszeczko: Ostatnio usłyszałam od bliskiej osoby, a powiedziała to z wyrzutem, że jej nie słucham. A ja byłam przekonana, że słucham…

Lucyna Wieczorek: Mam wrażenie, że to swoista codzienność. Wołamy: „usłysz mnie, pobądź ze mną chwilę, pobądź naprawdę, czyli zatrzymaj swoją uwagę na tym, co mówię, co czuję – na moim świecie!”.

 

A.M.: Najpierw miałam żal, stwierdziłam, że to niesprawiedliwe. Potem zaczęłam się sobie przyglądać i rzeczywiście, gdzieś uciekam myślami, bo w głowie mam wiecznie pełno tego, co było albo tego, co ma być… Ale żeby od razu, że nie słucham…?

L.W.: Na pewno słuchałaś, ale prawdopodobnie nie całą sobą. To, że siedzę obok drugiej osoby i się nie odzywam, nie oznacza, że słucham, a już na pewno nie oznacza, że druga osoba poczuje się usłyszana.

A.M.: …I może powstać wrażenie, że jestem „sfokusowana na sobie”… Może jestem, chociaż nie chcę…

L.W.: Prawie non stop o czymś myślimy, coś planujemy, o coś się martwimy. Wewnątrz nas toczy się intensywny dialog wewnętrzny. Ta część nas, którą nazywamy „Ja Dorosły” wysłuchuje innych głosów, selekcjonuje informacje, podejmuje decyzje – jest bardzo, bardzo zajęta. Kiedy do tego dochodzi głos z zewnątrz np. z prośbą: „posłuchaj mnie”, z punktu widzenia tak zajętej „głowy” jest to zbyt duże żądanie. Więc głowa najpierw działa z automatu: robi swoją robotę i jeszcze dorzuca do tego zadanie słuchania z zewnątrz. Jednak tam na zewnątrz często jest ktoś ważny dla nas… i On wie, czuje, że w tej scenie jest więcej osób niż Ty i On…

 

A.M.: Bardzo mi się spodobało, gdy Julianne Moore w filmie “The Kids Are All Right” powiedziała coś takiego: “Małżeństwo to cholernie ciężka sprawa, p…. maraton. Czasami jest się ze sobą tak długo, że przestaje się zauważać tę drugą osobę. Widzisz tylko chore projekcje starzejącej się siebie… “. To tak a propos mimowolnego „sfokusowania na sobie”.

L.W.: No tak… życie jest pełne wyzwań. Długoterminowa relacja jak w lustrze odbija to, kim jesteśmy. Nic dziwnego, że czasem mamy ochotę rzucić w nie butem.

A.M.: Ale dziś w pociągu wysłuchałam nieznajomej z uwagą godną dobrego spowiednika tudzież psychoterapeuty:-)…

L.W.: Są chwile, w których spontanicznie wybieramy jakąś role, np. słuchaczki. Jeśli mamy do tego taki potencjał jak Ty, to ktoś dostaje prezent:-) . Osoby, których nie znamy, w pewnym sensie są w lepszej sytuacji niż te bliskie nam, bo nie mamy na ich temat tylu wyobrażeń, etykiet i bardziej się staramy…

 

A.M.: Nam się chyba wydaje, że dla bliskich zawsze będziemy mieli czas, że zdążymy ich wysłuchać, przecież są blisko, razem mieszkamy…?

L.W.: Prof. Sonja Lyubomirsky pisze, że człowiek ma wielką zdolność do adaptacji: nawet po długo wyczekiwanym wydarzeniu – na przykład po radykalnej poprawie wzroku, czy awansie – przestajemy cieszyć się tym, co się stało, już po okresie kilku tygodni. Prof. Lyubomirsky uważa, że to zjawisko zmniejsza naszą zdolność do odczuwania szczęścia, dostrzegania tego, co w innym kontekście życia dodałoby nam skrzydeł.

Fajnie, że mamy bliskich, ale dzisiaj mamy dzień pełen wyzwań i tyle pracy… musimy już kończyć, lecieć, załatwiać!

A.M.: Okropna pułapka… Poza tym mnie to się wydawało, że ja wiem, jak istotne jest uważnie słuchanie ludzi. Znam trochę teorii.

L.W.: Kiedyś słyszałam o człowieku, który intensywnie zachęcał znajomych i pracowników do rozwoju. Pewnego dnia sam otrzymał zaproszenie na warsztat psychologiczny i wtedy odpowiedział: „Nie, dziękuję, ja byłem trzy miesiące w Tybecie, nic więcej w rozwoju mnie nie zaskoczy”. Prawdopodobnie osoby, które zawodowo zajmują się słuchaniem, będą wymagały więcej od siebie, ale też otoczenie będzie od nich więcej wymagało.

Głębokie, empatyczne słuchanie to wielki prezent dla drugiej osoby, prezent z czasu i uwagi.

To coś, czego nie da się zastąpić gadżetami. Dla wielu osób miłość to właśnie dzielenie się czasem i uwagą. Jednak nawet jeśli się z tym zgadzamy i czujemy, że to istotne, nie będzie to od razu oznaczało, że mamy stałą gotowość, czy możliwość naprawdę zaangażowanego bycia z drugą osobą.

 

A.M.: Słuchałam ostatnio wyznania chłopaka uzależnionego od narkotyków, który przebywa w ośrodku readaptacyjnym. Opowiedział mi o tym, jak się wyniszczał. Kiedy któregoś razu, gdy odchorowywał “wiadro” dopalaczy, jego mama rozpłakała się nad nim, coś się przełamało. „Wtedy moja mama po raz pierwszy zaczęła mnie słuchać” – zakończył opowieść. Wygląda na to, że czasem trzeba stanąć na krawędzi, żeby otworzyły się ludziom oczy i uszy…

L.W.: Tak…to złożony proces – od dziecka uczymy się, jak budować relacje, ale często uczymy się robić to w sposób, który na dłuższą metę nie działa. Przenosimy to na swoje dzieci i choć na poziomie świadomości bardzo chcemy dać im to, co najlepsze, postępujemy automatycznie. Nie zdajemy sobie sprawy, jakie emocje mogą wywoływać w nich nasze słowa, nawet te, które dla nas nie mają wielkiego znaczenia.

A.M.: To by się zgadzało z tym, co ostatnio, prawie na raz, opowiedziały mi w poczuciu winy dwie znajome mamy. Okazuje się, że jest coś takiego, co ich dzieci kiedyś od nich usłyszały i co siedziało im jak drzazga w sercu całymi latami. No, ale nie ustrzeżemy się tego. Nie jesteśmy w stanie utrzymać się w stuprocentowej świadomości i czujności non-stop, a też nie wiadomo, co takiemu dziecku akurat najbardziej podziała na emocje.

L.W.: Jasne. I na pewno takie sytuacje będą się zdarzały, dlatego warto wyjaśniać przykre sprawy w miarę na bieżąco. Jeśli jesteśmy w ważnej dla nas relacji, nie czekajmy, aż codzienny dyskomfort, coś, co dzisiaj jest drzazgą, zamieni się w zaropiałą ranę.

Takie rany są bolesne, budujemy wokół nich rodzaj muru – wtedy nasze bycie z bliskimi jest w jakimś sensie martwe, pozorne.

I niestety czasem potrzebny jest poważny problem, kryzys, żeby zburzyć ten mur i dotrzeć do serca, do miłości, do tego, co naprawdę czujemy i do szczerego wyrażania tych uczuć, podzielenia się nimi. To może być początek prawdziwej więzi.

 

A.M.: Ale pewnie trzeba spełnić jakieś warunki, by ta więź powstała…?

L.W.: Trzeba. Uczucia każdej ze stron muszą być usłyszane przez drugą osobę. Każda z osób powinna mieć możliwość powiedzenia o swoich uczuciach i potrzebach, a nie zajmować się ocenianiem uczuć drugiej osoby. Jeśli mówimy o relacji rodzic – dziecko, to myślę, że na rodzicu spoczywa większa odpowiedzialność za usłyszenie dziecka. Najpierw rodzic słucha, daje dziecku szansę bycia przyjętym i jednocześnie uczy dziecko, jak to się robi. Po jakimś czasie dziecko będzie umiało usłyszeć rodzica, ale to będzie się działo małymi krokami, dostosowanymi do wieku dziecka i historii relacji.

A.M.: We wspomnianym ośrodku usłyszałam wiele innych historii o tym, jak ci narkomani wypełzają – przepraszam za słowo – na powierzchnię, ponieważ ktoś w końcu zaczął ich słuchać. Czyżby to był jakiś klucz?

L.W.: Zawsze się dziwię, że to jest takie proste, takie tanie, takie dostępne. I jednocześnie tak trudne w praktyce i niewykorzystane w pełni działanie dla bliskich i dla budowania bliskości. Może przyczyną tego stanu jest to, co niektórzy nazywają deficytem miłości w naszej kulturze. Bo słuchać znaczy dawać miłość.
Słuchając, dajemy siebie, czas, chęć, zaangażowanie. Mówimy: „Jesteś ważny, jesteś wart, żebym tu i teraz z tobą była, zasługujesz na moją uwagę” – jest w tym ogrom pozytywnych, pozawerbalnych komunikatów. Większość naszych problemów „ze sobą” – jeśli nie wszystkie – powstaje w relacjach i najprawdopodobniej ich rozwiązanie możemy odnaleźć także poprzez relacje.

 

Cześć 2 artykułu: Nie odbijaj piłeczki!

Tekst ukazał się po raz pierwszy w magazynie Endorfina Dojrzewalni.pl.
separator

Jedna odpowiedź do “O słuchaniu i byciu słuchanym”

  1. M.K pisze:

    Tak to prawda ,każdy z nas mógłby tu przytoczyć swoje historie „słuchania”,”niesłuchania”przez kogoś.Każdy też z nas nosi w sobie różny bagaż przeżyć ,doświadczeń,intencji,rad,porad itd.To temat rzeka.Gdyby było to tak proste w dotarciu do człowieka nie byłoby tyle w nas agresji,uzależnień,nerwic,depresji itd.Myślę jednak ,że warto rozmawiać,czytać,wymieniać się opiniami po to by kiedyś ostatecznie umrzeć troszeczkę mądrzejszymi i czulszymi na ten świat i ludzi.Już ta sama myśl budzi nadzieję ,że podążamy w lepszym kierunku.Kierunku ludzi myślących i analizujących ten czasami zbyt szybko pędzący świat.A na pytanie czy jesteś ważny tak jesteś ważny ,ale pamiętaj nie uzurpuj sobie prawa do bycia najważniejszym.Ktoś może zapytać dlaczego???Dlatego bo nie jesteś pępkiem świata a żyjemy po coś .Po co ???.To najmądrzejsze z pytań.